Chcieliście to macie. Opiszę Wam mój dzisiejszy dzień. Nie pisałam wcześniej zbyt wiele o moim codziennym życiu tu bo do tej pory nic ciekawego nie miałam do opisania. Nie chciałam Was zanudzać, spaniem, jedzeniem i sraniem. Każdy to robi. A jak już jestem w temacie to jest tu takie powiedzenie:
"You don't eat = you don't shit = you don't shit = you die"
Poniedziałek zaczął się więc tak. Ponieważ założyłam się z Johnnym, że uda mi się dojechać samej do kawiarni na godzinę 7.30 (zazwyczaj jeździmy tam razem na godz 8.00), wstałam o 6.35 i migusiem wyszykowałam się, wyszłam złapać busa.
Bez problemu znalazłam odpowiedni przystanek (pozornie to wydaje się proste, o ile pamiętamy o ruchu lewostronnym).
Usiadłam sobie wygodnie w busie, załączyłam sobie muzyczkę i podziwiałam miejskie oświetlenia. Autobus minął główną ulicę (Princes St) skąd jest piękny widok na Castle. Zupełnie nie zauważyłam, że skręcił o jedną przecznicę dalej niż powinien (albo mnie się zdawało, że powinien).
Minął duży park, z daleka zamajaczyła mi wieża kościoła znajdującego się przy docelowej ulicy (Leven St). Pomyślałam sobie: "Spoko, przecież wczoraj sprawdziłam na lothianbuses.com, że ten autobus
NA PEWNO zatrzymuje się koło kawiarni."
Kilka przystanków dalej zorientowałam się, że oddalam się coraz bardziej od centrum.
Wszystkie uliczki i domki wydawały mi się do siebie podobne, tak jakbym kręciła się w kółko. Spojrzałam na telefon: 7.25. Chuj już przegrałam...
Wysiadłam z busa i przeszłam na drugą stronę uliczki. Najbliższy autobus do centrum za 12 min...
Skorzystałam z okazji i zrobiłam sobie krótki spacerek, w końcu złapałam odpowiedni autobus i jakoś dotarłam do celu o godzinie 8.02
W kafejce zastał mnie bałagan, brak wołowego tłuszczu do smażenia tych wszystkich "przepysznych" kiełbasek. Ogólnie nieogar (prawie jak ja).
Ledwo zabrałam się do przygotowań, nagle jak z nieba spadł na mnie grad klientów, którzy koniecznie, NOW! chcieli swoje Rollsy. Przyznaję się, spanikowałam na maksa.
Przez jakieś pół godziny kręciłam się robiąc w okół siebie coraz większy mess. W pewnym momencie odwróciłam głowę w stronę klientów.
I zastałam pustkę. Wszyscy wyszli. Porażka na całej linii...
Został tylko jeden pan, który chyba jako pierwszy złożył zamówienie na śniadanie. Chciałam coś do niego zagaić. Ale on też wyszedł! Łzy stanęły mi w oczach. Z zażenowaniem spojrzałam na spalony bekon, dymiące kiełbasy, potłuczone jajka i rozlaną kawę.
Zabrałam się do sprzątania. I wtedy wrócił ten pan. Z KWIATKAMI!!! Pocieszył mnie, podałam mu w końcu jego śniadanie i dodatkową kawę, której nie zdążyłam komuś podać.
Jakoś koło 11.00 kuchnia została ogranięta, kilka osób dostało swoje jedzenie i nadeszła kolejna fala klientów.
Już miałam zakładać kurtkę i spieprzyć (po angielsku), gdy na mój ratunek zjawił się Johnny z Fraciszką!
Praca z nimi już mi lepiej szła, pomijając incydent z rozlanym przeze mnie po całym blacie i podłodze mlekiem.
Po godzinie 12 zrobiło się luźno, ja zmywałam naczynia, a Frania gotowała zupę i razem upiększyłyśmy ściany i stoliki świątecznymi dekoracjami.
Później zjadłyśmy przepyszny lunch. Posprzątałyśmy i zabrałyśmy się z Johnnym do jego mieszkania.
Wzięłam prysznic. Tu zaznaczę, że wodę do prysznica włącza się w małym składziku koło łazienki, śmiesznym, czerwonym dinksem. Johnny, myśląc, że to zabawne co chwila mi go wyłączał...
Potem przygotowałam dinner dla Jona - taty Johnnyego i zasiadłam z herbatką przy komputerku.
Ledwo zdążyłam chwilkę odpocząć, dowiedziałam się, że dziś to jest na 12 dni przed Bożym Narodzeniem, jest w Edynburgu tradycyjne Lighting the Lights. W centrum miasta uroczyście jest zapalana choinka. Oczywiście jest to wydarzenie Harity na rzecz jednego z edynburskich szpitali.
Pomimo zmęczenia stwierdziłam: "You only lives once" i pojechałam.
Na miejscu poznałam siostrę Johnnyego i jakieś jego ciocie. Wypiłam darmową kawę. Przemawiał organizator wydarzenia i jedna z pielęgniarek pracujących w tym szpitalu. Opowiedziała historię, która wystarczyła by na kolejny post. Najlepsze co usłyszałam to: "Jeśli masz w życiu tysiące okazji do płaczu to na pewno znajdzie się też tysiące okazji do śmiechu!"
Pośpiewaliśmy kilka tradycyjnych kolęd przy zapalonej już choince. Łezka zakręciła mi się w oku...
Wróciłam do mieszkania i zabrałam się do wypisywania kartek świątecznych, które będziemy rozdawać naszym zaprzyjaźnionym gościom kawiarni.
Tak właśnie wyglądał mój Typowy Dzień Świra w Edinburgh!
ps.: Naszła też mnie dziś w międzyczasie taka refleksja, że ja w życiu dostaję wszystko to czego bardzo chcę. (Ktoś pewnie dodałby: to dzięki Paolo Cohello.) Dodało mi to otuchy i spokoju.
Od początków mojej "kariery" jako fryzjerka, bardzo chciałam wypróbować nożyczki o rozmaże 7'. Jakiś czas temu udało mi się wykonać takimi męskie strzyżenie. A kilka dni temu zostałam posiadaczką takich pięknych nożyczek. Podziękowania dla Św. Mikołaja ;)
Niedawno też zaczęłam biegać ale miałam bardzo niewygodne buty. I co się stało? Dostałam takie śliczne buty.
Zawsze bardzo lubiłam koty. Jako dziecko byłam kocią mamą. Jednak przez ciągłe zmiany miejsca zamieszkania nie mogłam przygarnąć żadnego futrzaka. Teraz mieszkam z Oskarem.
ps. ps.: Kto przeczytał tego posta do końca dostanie prezent!
"You don't eat = you don't shit = you don't shit = you die"
Poniedziałek zaczął się więc tak. Ponieważ założyłam się z Johnnym, że uda mi się dojechać samej do kawiarni na godzinę 7.30 (zazwyczaj jeździmy tam razem na godz 8.00), wstałam o 6.35 i migusiem wyszykowałam się, wyszłam złapać busa.
Bez problemu znalazłam odpowiedni przystanek (pozornie to wydaje się proste, o ile pamiętamy o ruchu lewostronnym).
| ...usiadłam wygodnie w busie... |
Minął duży park, z daleka zamajaczyła mi wieża kościoła znajdującego się przy docelowej ulicy (Leven St). Pomyślałam sobie: "Spoko, przecież wczoraj sprawdziłam na lothianbuses.com, że ten autobus
NA PEWNO zatrzymuje się koło kawiarni."
Kilka przystanków dalej zorientowałam się, że oddalam się coraz bardziej od centrum.
Wszystkie uliczki i domki wydawały mi się do siebie podobne, tak jakbym kręciła się w kółko. Spojrzałam na telefon: 7.25. Chuj już przegrałam...
Wysiadłam z busa i przeszłam na drugą stronę uliczki. Najbliższy autobus do centrum za 12 min...
Skorzystałam z okazji i zrobiłam sobie krótki spacerek, w końcu złapałam odpowiedni autobus i jakoś dotarłam do celu o godzinie 8.02
W kafejce zastał mnie bałagan, brak wołowego tłuszczu do smażenia tych wszystkich "przepysznych" kiełbasek. Ogólnie nieogar (prawie jak ja).
Ledwo zabrałam się do przygotowań, nagle jak z nieba spadł na mnie grad klientów, którzy koniecznie, NOW! chcieli swoje Rollsy. Przyznaję się, spanikowałam na maksa.
Przez jakieś pół godziny kręciłam się robiąc w okół siebie coraz większy mess. W pewnym momencie odwróciłam głowę w stronę klientów.
I zastałam pustkę. Wszyscy wyszli. Porażka na całej linii...
Został tylko jeden pan, który chyba jako pierwszy złożył zamówienie na śniadanie. Chciałam coś do niego zagaić. Ale on też wyszedł! Łzy stanęły mi w oczach. Z zażenowaniem spojrzałam na spalony bekon, dymiące kiełbasy, potłuczone jajka i rozlaną kawę.
Zabrałam się do sprzątania. I wtedy wrócił ten pan. Z KWIATKAMI!!! Pocieszył mnie, podałam mu w końcu jego śniadanie i dodatkową kawę, której nie zdążyłam komuś podać.
| ...wrócił ten pan, z kwiatkami... |
| kuchnia została ogranięta... |
| ...tymi ręcami |
Praca z nimi już mi lepiej szła, pomijając incydent z rozlanym przeze mnie po całym blacie i podłodze mlekiem.
Po godzinie 12 zrobiło się luźno, ja zmywałam naczynia, a Frania gotowała zupę i razem upiększyłyśmy ściany i stoliki świątecznymi dekoracjami.
Później zjadłyśmy przepyszny lunch. Posprzątałyśmy i zabrałyśmy się z Johnnym do jego mieszkania.
| zjadłyśmy przepyszny lunch |
| Pieczone ziemniaczki, rybka i groszek |
Potem przygotowałam dinner dla Jona - taty Johnnyego i zasiadłam z herbatką przy komputerku.
Ledwo zdążyłam chwilkę odpocząć, dowiedziałam się, że dziś to jest na 12 dni przed Bożym Narodzeniem, jest w Edynburgu tradycyjne Lighting the Lights. W centrum miasta uroczyście jest zapalana choinka. Oczywiście jest to wydarzenie Harity na rzecz jednego z edynburskich szpitali.
Pomimo zmęczenia stwierdziłam: "You only lives once" i pojechałam.
| Pod choinką |
Pośpiewaliśmy kilka tradycyjnych kolęd przy zapalonej już choince. Łezka zakręciła mi się w oku...
Wróciłam do mieszkania i zabrałam się do wypisywania kartek świątecznych, które będziemy rozdawać naszym zaprzyjaźnionym gościom kawiarni.
| kartki dla zaprzyjaźnionych klientów |
Tak właśnie wyglądał mój Typowy Dzień Świra w Edinburgh!
ps.: Naszła też mnie dziś w międzyczasie taka refleksja, że ja w życiu dostaję wszystko to czego bardzo chcę. (Ktoś pewnie dodałby: to dzięki Paolo Cohello.) Dodało mi to otuchy i spokoju.
Od początków mojej "kariery" jako fryzjerka, bardzo chciałam wypróbować nożyczki o rozmaże 7'. Jakiś czas temu udało mi się wykonać takimi męskie strzyżenie. A kilka dni temu zostałam posiadaczką takich pięknych nożyczek. Podziękowania dla Św. Mikołaja ;)
![]() |
| Nożyczki |
![]() |
| Buty |
| Oskar |
ps. ps.: Kto przeczytał tego posta do końca dostanie prezent!


ta prośba była od Kajtka...niestety post zawiera treści które raczej nie sa dla niego odpowiednie :(
OdpowiedzUsuńco konkretnie jest nieodpowiednie dla 10-cio latka, który gra w kogame i ogląda różne filmiki na youtube?
OdpowiedzUsuńGdzie prezent? Natalia
OdpowiedzUsuńjam pzeuctytaem postean im chcem prezeuntka najlpel sefie stick (*:*)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń