niedziela, 27 grudnia 2015

Christmas in Edinburgh

Przesyłam Wam, Kochani Czytelnicy gorące, spóźnione życzenia świąteczne.
Oraz życzę Wam dobrego Nowego Roku.
Mam nadzieję, że spędziliście dobrze Święta Bożego Narodzenia.
Ja świętowałam z rodziną i znajomymi Johnnego.
24 grudnia w Szkocji nie jest tak świętowany jak w Polsce. Wszyscy spotykają się tego wieczoru z najbliższymi znajomymi w pubach i restauracjach. Tak więc święta zaczynają się bardziej od picia niż jedzenia.
My wyszliśmy do tradycyjnego baru Antyquaria w jednej z najdroższych, najbardziej "fancy" i "posh", dzielnic Edynburga.
Klimat miejsca bardzo Szkocki, ciekawostką jaką zauważyłam zaraz po wejściu było to, że większością gości byli mężczyźni.Większość z nich ubrana w Christmasy Jumpers i Sweaters.
Wypiłam kilka szklaneczek Whisky a o godzinie 1:00 zadzwonił dzwonek oznaczający koniec imprezy i niezależnie od nastrojów towarzystwa trzeba było opuścić miejsce.



Ja w tym pubie

bar:)
 25 grudnia najbliższa rodzina spotyka się na śniadaniu, składając życzenia każdy przekazuje osobiście prezenty.
Troszeczkę zaspałam na nasze śniadanie ale i tak coś dostałam :)
BAILEYS
Na to śniadanie nie trzeba się stroić, mile widziana okazjonalna piżamka w gwiazdki lub śnieżynki.
Acha i przy stole następuje rozrywanie tradycyjnych crakerów. Są to papierowe tubki wypełnione drobnymi prezentami lub słodyczami. W każdym jest też papierowa korona.
Tak więc można przy stole się bawić, atmosfera bardzo przyjacielska i rodzinna.
Po śniadaniu relaksowaliśmy się oglądając filmy przyrodnicze lub po prostu drzemiąc.

Wieczorem wybraliśmy się do sióstr Johnnego na kolację. Zapoznałam się ze wszystkimi i zanim usiadłam do stołu obowiązkowo musiałam wypić szota baileysa z wódką i whisky.
Trochę inaczej niż w Polsce wygląda stół na świątecznej kolacji. Wszędzie porozkładane są crakery i małe ozdoby. A dania podawane są po kolei tak, że na stole nie zostaje nic z jedzenia. Ma to swoje plusy bo zjadasz tylko to co podadzą ci na talerzu.
A cały pokój i w ogóle wszędzie, w sklepach, w mieszkaniach rozwieszone są ozdoby, mali świecący Mikołajowie, bałwanki, gwiazdki. Mnóstwo tego badziewia.





Drugi dzień świąt to jest Boxing Day, nie wiem o co dokładnie chodzi z tą nazwą ale ponoć jest to najlepszy czas na zakupy bo wszystko jest przecenione o 70 i więcej procent. Tego dnia, wieczorem obowiązkowo trzeba iść do klubu i się bawić. 
Ja nie wyszłam na zakupy i nie miałam zamiaru również nigdzie wychodzić bo kolacja poprzedniego dnia była baardzo męcząca...
Ale w końcu dałam się namówić i wyszliśmy stałą już ekipą do centrum. Trochę byłam zawiedziona miejscem do jakiego się wybraliśmy albo już po prostu się starzeję bo jakoś za dobrze się nie bawiłam.
I znów wszędzie byli sami faceci. A patrząc na panie: ich ubiór, zachowanie i make-up przestałam się zupełnie martwić swoim bekonem i brakiem szpachli na twarzy. Dziewczyny tu albo są brzydkie jak noc i grube i wciskają się w obcisłe sukienki z których się wszystko wylewa albo są ładne ale tak wymalowane, że nie wiesz co pod tym mejkapem się ukrywa.
Jeśli chodzi o mężczyzn to pchają się, gorączkowo gestykulując uderzają przypadkowe osoby a jak mają ochotę dotknąć jakąś pannę to robią to w prost, z zaskoczenia.
Może właśnie dla tego nie bawiłam się tam zbyt dobrze. I być może ze względu na otaczające mnie wytapetowane panienki, mój antystyl i fryzura "prosto z łóżka" budziły zachwyt i zainteresowanie:))

Tak mi minęły pierwsze święta poza granicami Polski. A dziś już tylko relax, chillax i wypoczyn.
Pozdrawiam jeszcze raz świątecznie!

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Typowy Dzień Świra

Chcieliście to macie. Opiszę Wam mój dzisiejszy dzień. Nie pisałam wcześniej zbyt wiele o moim codziennym życiu tu bo do tej pory nic ciekawego nie miałam do opisania. Nie chciałam Was zanudzać, spaniem, jedzeniem i sraniem. Każdy to robi. A jak już jestem w temacie to jest tu takie powiedzenie:
"You don't eat = you don't shit = you don't shit = you die"

Poniedziałek zaczął się więc tak. Ponieważ założyłam się z Johnnym, że uda mi się dojechać samej do kawiarni na godzinę 7.30 (zazwyczaj jeździmy tam razem na godz 8.00), wstałam o 6.35 i migusiem wyszykowałam się, wyszłam złapać busa.
Bez problemu znalazłam odpowiedni przystanek (pozornie to wydaje się proste, o ile pamiętamy o ruchu lewostronnym).
...usiadłam wygodnie w busie...
 Usiadłam sobie wygodnie w busie, załączyłam sobie muzyczkę i podziwiałam miejskie oświetlenia. Autobus minął główną ulicę (Princes St) skąd jest piękny widok na Castle. Zupełnie nie zauważyłam, że skręcił o jedną przecznicę dalej niż powinien (albo mnie się zdawało, że powinien).
Minął duży park, z daleka zamajaczyła mi wieża kościoła znajdującego się przy docelowej ulicy (Leven St). Pomyślałam sobie: "Spoko, przecież wczoraj sprawdziłam na lothianbuses.com, że ten autobus
NA PEWNO zatrzymuje się koło kawiarni."
Kilka przystanków dalej zorientowałam się, że oddalam się coraz bardziej od centrum.
Wszystkie uliczki i domki wydawały mi się do siebie podobne, tak jakbym kręciła się w kółko. Spojrzałam na telefon: 7.25. Chuj już przegrałam...
Wysiadłam z busa i przeszłam na drugą stronę uliczki. Najbliższy autobus do centrum za 12 min...
Skorzystałam z okazji i zrobiłam sobie krótki spacerek, w końcu złapałam odpowiedni autobus i jakoś dotarłam do celu o godzinie 8.02
W kafejce zastał mnie bałagan, brak wołowego tłuszczu do smażenia tych wszystkich "przepysznych" kiełbasek. Ogólnie nieogar (prawie jak ja).
Ledwo zabrałam się do przygotowań, nagle jak z nieba spadł na mnie grad klientów, którzy koniecznie, NOW! chcieli swoje Rollsy. Przyznaję się, spanikowałam na maksa.
Przez jakieś pół godziny kręciłam się robiąc w okół siebie coraz większy mess. W pewnym momencie odwróciłam głowę w stronę klientów.
I zastałam pustkę. Wszyscy wyszli. Porażka na całej linii...
Został tylko jeden pan, który chyba jako pierwszy złożył zamówienie na śniadanie. Chciałam coś do niego zagaić. Ale on też wyszedł! Łzy stanęły mi w oczach. Z zażenowaniem spojrzałam na spalony bekon, dymiące kiełbasy, potłuczone jajka i rozlaną kawę.
Zabrałam się do sprzątania. I wtedy wrócił ten pan. Z KWIATKAMI!!! Pocieszył mnie, podałam mu w końcu jego śniadanie i dodatkową kawę, której nie zdążyłam komuś podać.
...wrócił ten pan, z kwiatkami...

kuchnia została ogranięta...
...tymi ręcami
Jakoś koło 11.00 kuchnia została ogranięta, kilka osób dostało swoje jedzenie i nadeszła kolejna fala klientów.
Już miałam zakładać kurtkę i spieprzyć (po angielsku), gdy na mój ratunek zjawił się Johnny z Fraciszką!
Praca z nimi już mi lepiej szła, pomijając incydent z rozlanym przeze mnie po całym blacie i podłodze mlekiem.
Po godzinie 12 zrobiło się luźno, ja zmywałam naczynia, a Frania gotowała zupę i razem upiększyłyśmy ściany i stoliki świątecznymi dekoracjami.
Później zjadłyśmy przepyszny lunch. Posprzątałyśmy i zabrałyśmy się z Johnnym do jego mieszkania.
zjadłyśmy przepyszny lunch

Pieczone ziemniaczki, rybka i groszek
 
Wzięłam prysznic. Tu zaznaczę, że wodę do prysznica włącza się w małym składziku koło łazienki, śmiesznym, czerwonym dinksem. Johnny, myśląc, że to zabawne co chwila mi go wyłączał...
Potem przygotowałam dinner dla Jona - taty Johnnyego i zasiadłam z herbatką przy komputerku.
Ledwo zdążyłam chwilkę odpocząć, dowiedziałam się, że dziś to jest na 12 dni przed Bożym Narodzeniem, jest w Edynburgu tradycyjne Lighting the Lights. W centrum miasta uroczyście jest zapalana choinka. Oczywiście jest to wydarzenie Harity na rzecz jednego z edynburskich szpitali.
Pomimo zmęczenia stwierdziłam: "You only lives once" i pojechałam.
Pod choinką
Na miejscu poznałam siostrę Johnnyego i jakieś jego ciocie. Wypiłam darmową kawę. Przemawiał organizator wydarzenia i jedna z pielęgniarek pracujących w tym szpitalu. Opowiedziała historię, która wystarczyła by na kolejny post. Najlepsze co usłyszałam to: "Jeśli masz w życiu tysiące okazji do płaczu to na pewno znajdzie się też tysiące okazji do śmiechu!"
Pośpiewaliśmy kilka tradycyjnych kolęd przy zapalonej już choince. Łezka zakręciła mi się w oku...
Wróciłam do mieszkania i zabrałam się do wypisywania kartek świątecznych, które będziemy rozdawać naszym zaprzyjaźnionym gościom kawiarni.
kartki dla zaprzyjaźnionych klientów

Tak właśnie wyglądał mój Typowy Dzień Świra w Edinburgh!

ps.: Naszła też mnie dziś w międzyczasie taka refleksja, że ja w życiu dostaję wszystko to czego bardzo chcę. (Ktoś pewnie dodałby: to dzięki Paolo Cohello.) Dodało mi to otuchy i spokoju.
Od początków mojej "kariery" jako fryzjerka, bardzo chciałam wypróbować nożyczki o rozmaże 7'. Jakiś czas temu udało mi się wykonać takimi męskie strzyżenie. A kilka dni temu zostałam posiadaczką takich pięknych nożyczek. Podziękowania dla Św. Mikołaja ;)

Nożyczki
 Niedawno też zaczęłam biegać ale miałam bardzo niewygodne buty. I co się stało? Dostałam takie śliczne buty.
Buty
Zawsze bardzo lubiłam koty. Jako dziecko byłam kocią mamą. Jednak przez ciągłe zmiany miejsca zamieszkania nie mogłam przygarnąć żadnego futrzaka. Teraz mieszkam z Oskarem.
Oskar


ps. ps.: Kto przeczytał tego posta do końca dostanie prezent!


niedziela, 13 grudnia 2015

Botanic Lights

 Królewskie Ogrody Botaniczne w Edynburgu założono w 1670r! Są jednymi z trzech tego typu obiektów w Wielkiej Brytanii.
Teren Ogrodu z mapy Bing

Każdego listopada organizowane jest tu magiczne wydarzenie - Botanic Lights Cała przestrzeń parku oświetlana jest przepięknymi iluminacjami oraz efektam dziwiękowymi, zaprojektowanymi przez najlepszych artystów.
W tym roku wykonał je szkocki artysta Grand Anderson z kompozytorką Klarie McKenzie pod hasłem Seasons in Colours - Experience Four Seasons in One Night.
 Wybrałam się tam ze znajomymi na ostatni wieczór przed zamknięciem tej wystawy.
Zdjęcia nie oddadzą niestety w pełni klimatu tego miejsca. Przechadzając się ścieżkami, popijając grzane winko, pośród drzew i krzewów wszelkiego rodzaju i rozmiarów, na każdym kroku byliśmy zaskakiwani niesamowitymi wrażeniami. 
W sadzawce widzieliśmy spektakl walki wody z ogniem.


Idąc dalej znaleźliśmy miejsce, w którym mogliśmy za pomocą specjalnych ekranów zmieniać drzewa i krzewy na dowolny kolor!



Inne miejsce zaskoczyło nas pasami, liniami i wielkimi okręgami wyświetlanymi na liściastej ścianie.



 Przepiękne animacje pojawiały się wraz z nastrojową muzyczką na jednym z budynków.


Kolorowy las







... I tajemnicze postaci


A te dwie Panie zaskoczyły nas wszystkich swoją werwą i dystansem do siebie. Mieliśmy z nich ubaw na początku, w końcu zgodziły się nam pozować. 5 funtów za zdjęcie...

Wśród roślinności znaleźliśmy tam również ciekawe instalacje takie jak te.

Oraz rośliny przypominające monstrualne pająki

Budynek palmiarni wyglądał niesamowicie podświetlony moim ulubionym kolorem.
 Chociaż było tego wieczoru bardzo zimno i przemarzliśmy na kość, wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni z tego spaceru.

I szkoda tylko, że nie mogliście być tam z nami!!!

wtorek, 8 grudnia 2015

Holyrood Park

Holyrood Park to śliczne pagórki leżące bardzo niedaleko od Starego Miasta i centrum. Pokazywałam już Wam parę zdjęć tego miejsca. Wzgórze jest widoczne niemal z każdego miejsca w mieście.
Stare Miasto a na drugim planie Holyrood Park
 Między innymi, z ulicy przy której mieszkam (jak tylko trafię na dobrą pogodę to zrobię fotki i Wam pokażę). Park jest również nazywany Quin's Park lub King's Park co zależy od płci zasiadającego aktualnie na tronie władcy. Związane jest to także z tym, że u stóp parku znajduje się Królewski Pałac Holyrood.
Najwyższym szczytem wzgórz i jednocześnie najwyższym punktem miasta jest Artur's Seat. Część wzgórza zajmują urwiska znane jako Salisbury's Crags. Poniżej nich biegnie ścieżka zwana Radical Road. Jest ona porządnie utwardzona w czasach Inzurekcj Szkockiej-Radical War (1820) i stąd jej nazwa. Klify z kolei mają bardzo długą historię wspinaczkową. Wspinano się na nie od początków tego sportu. Jeśli ktoś miałby ochotę tam potrenować może otrzymać darmowe pozwolenie na wspinaczkę w Centrum Edukacyjnym Parku.
Pomiędzy wzgórzami leży kilka małych, sztucznych jeziorek. Jedno z nich nazywa się St. Margaret's Loch. Powstało w 1856r jako jedna z innowacji wprowadzonych w Pałacu i jego okolicach przez księcia Alberta.
widok z Nelson Monument

 Ze wzgórza oczywiście piękne widoki na miasto, zatokę i część Szkocji. Wszystko to pod warunkiem, że akurat nie pada, nie ma mgły itd.
Miasto widziane z Radical Road


Firth of Forth i Edynburg
Część zatoki wychodząca na otwarte morze

Szczyt wzgórza jest bardzo łatwy do zdobycia. Ja przeszłam trasę poprzez Radical Road wzdłuż klifów, później przez grań i ładnie ułożonymi schodkami do małej polanki znajdującej się pod samym szczytem. Trasa bardzo lekka i przyjemna (oczywiście jeśli mamy dobrą pogodę). Cały spacer zajmuje jakieś trzy godziny. 

Salisbury Craigs i Radical Road
Schodki prowadzące do szczytu
Tu jestem już prawie u celu
Jesteśmy na szczycie!
Trasy spacerowe pomiędzy pagórkami
W dole jedno ze sztucznych jeziorek

Wycieczka po parku była bardzo udana. Na trasach nawet spory ruch turystów, biegaczy. Jeden pan mimo niskiej temperatury w krótkich spodenkach i koszulce. Każdy ma jakiś sposób na dostosowanie się do czterech pór roku w ciągu jednego dnia. Jedni ubierają się na "cebulę" inni widocznie liczą na zmiany na lepsze i noszą cały rok letnie ciuchy.